Złota kaczka

Streszczenie opowiadania Artura Oppmana, Legendy warszawskie: “Złota kaczka”
Zobacz informacje o epoce Młoda Polska i biografię autora w Wikipedii.

tekst streszczenie

I

Był sobie szewczyk warszawski. Nazywał się Lutek. Dobre było chłopczysko, wesołe, pracowite, ale biedne, jak ta mysz kościelna. Pracował ci on u majstra jednego, u majstra na Starym Mieście. Ale cóż? Majster, jak majster, grosz zbierał do grosza, z groszy ciułał talary i czerwońce, a u chłopaka bieda, aż piszczy.
Niby to mu tam pożywienie dawał. Boże, zmiłuj się: wodzianka, kartofle – i tyle! I odział go, mówi się, ale ta przyodziewa spadała z Lutka, boć to stare łachy majstrowskie, co ledwo się kupy trzymały. Dość, że w takim sianie i pies by nie wytrzymał, a cóż dopiero człowiek! Gadają mu: Miej cierpliwość, mityguj się, będzie lepiej, poczekaj ino!
Co to lepiej! Kiedy? Rok za rokiem mija, lata lecą, a tu wciąż nędza i nędza.
Znudziło mu się. Uciec chce. Do wojska – powiada – pójdę, żołnierzem będę, może się ta nowy Napoljon gdzie zjawi, to, jak nic marszałkiem zostanę, jenerałem wielkim, mocarzem.
No nic! cierpi jeszcze, czeka.
Aż ci tu kiedyś na wieczorynkę poszedł do czeladnika jednego, co się niedawno wyzwolił i wiodło mu się niezgorzej, bo grenadierskie buty szył, dla gwardii, dla panów oficerów. Wieczorynka aż miło! Jedzą, piją, gawędzą. Ni z tego, ni z owego, o bajkach się zaczyna, o takich podaniach warszawskich.
I mówi jeden stary szewc, kuternoga:
– Ho! ho! u nas w Warszawie i o pieniądz łatwo i o sławę, tylko trza mieć odwagę i rozum we łbie, jak się patrzy.
Zaciekawił się Lutek, pyta:
– Mówcie, co takiego?
– Ano nic – rzeknie kuternoga – na Ordynackiej, w podziemiach starego zamku, jest królewna taka, zaklęta w złotą kaczkę. Kto do niej trafi, kto ją przydybie – wygrał! Ona mu powie, jak skarby ogromne zdobyć, jak się stać możnym bogaczem, magnatem!
– I gdzie to, mówicie?
– Na Ordynackiej, w lochach starego zamczyska.
– A kiedy?
– W noc świętojańską.
Zapamiętał to sobie nasz Lutek, a do nocy świętojańskiej trzy dni trzeba czekać, nie więcej.

II

Wieczór spadł na gwarną Warszawę, gwiaździsty, ciepły, czerwcowy. Na ulicy ludzi jak mrowia. Panienki takie śliczne spacerują, a przy nich kawaleria, młodzi panowie, a głównie – wojskowi.
Tu ułan drugiego pułku, biały z granatem, tu strzelec konny gwardii w mundurze zielonym z żółtym, tu piechota liniowa, tu artylerzysta; hej! ostrogi dźwięczą, szable brzęczą, kity migają, aż lubo patrzeć!
Idzie sobie nasz szewczyk Lutek Krakowskim Przedmieściem, Nowym Światem, wszedł w Ordynacką, przeżegnał się: już blisko!
Spuszcza się Tamką, bo tam właśnie jest wnijście do lochów ordynackiego zamczyska, idzie, lezie, ale mu coś niesporo.
Nie to, żeby się bał: niech Bóg broni! nie lęka się on niczego; tylko tak jakoś, nie łacno mu, ze złym duchem może, wejść w komitywę.
Ano trudno! Raz się zdecydował: wejść trzeba!
Od Tamki, okienka nad ulicą dość nisko, szyb nie ma, ino kraty, ale taki chudzielec, jak wąż się przeciśnie.
Jazda! Wdrapał się po wystających cegłach do okna, raz, dwa, trzy! W imię Ojca i Syna i Ducha Świętego! – Wlazł do wnętrza. Ciemno! zapalił świeczkę – idzie. Kurytarz długi, wąski, kręty, prowadzi niżej i niżej. Aż ci po kwadransie może takiej drogi wylazł szewczyk do piwnicy wielkiej, sklepionej, z jeziorkiem jakiemsiś pośrodku.

Przy mdłym światełku świeczki łojowej, którą trzymał w ręku, obaczył Lutek owo jeziorko, – a na nim – Boże drogi! prawdę mówił szewc Kuternoga: złota kaczka pływa, piórkami szeleści.
– Taś, taś! kaczuchno!
I nagle – z kaczki czyni się przecudna dziewica: królewna. Włosy złote do ziemi, usta jak maliny, oczy jak gwiazdy, a buzia taka cudna, że – klękajcie narody!
– Czego chcesz ode mnie, chłopczyku?
– Jaśniewielmożna królewno – Lutek powiada, – nic ci ja nie chcę, ino zrobię to, co ty chcesz, abyś rozkazała.
– Dobrze – odpowie księżniczka – tedy ci powiem! Uzyskasz skarby, jakich nikt na świecie nie ma i mieć nie będzie, panem będziesz, bogaczem, jeśli spełnisz co do joty to, co ci powiem.
– Słucham, jaśniewielmożna!
– Oto masz kieskę, w niej sto dukatów; przez dzień jutrzejszy musisz je wydać, ale tylko na potrzeby własne, dla siebie samego; nic ci z tego złota dać nikomu nie wolno, ni grosza, ni grosza! Pamiętaj.
– Ha! ha! ha! – zaśmieje się Lutek – i cóż to trudnego? Będę jadł, będę pił, będę hulał! Wydam sto dukatów – a co potem?
– A potem, skarby niezmierne otworem stać ci będą, kopalnie złota prawdziwe, bogactwa niezmierzone; ale pamiętaj: ni grosza nikomu!
– Zgoda, królewno! daj kieskę!
Księżniczka kieskę Lutkowi wręczyła, zaśmiała się jakoś dziwnie – i znikła.
Strach przejął szewczyka. Ledwo się do okna dogramolił, wylazł na Tamkę i smyrgnął na Stare Miasto.

III

Nazajutrz dzień od rana samego puszcza się Lutek na miasto. Co tu robić najsampierw – myśli sobie – chyba się odziać, jak panicz.

No, dobrze! racja! Poszedł na Świętojerską, do sklepów z odzieżą, kupił sobie kapelusz, ubranie, paletot. Szyk! Prawdziwy hrabia!
Idzie, pogwizduje, laseczką macha, bo i laseczkę se sprawił, nie wie co robić dalej.
Nie taka to łatwa sprawa wydać sto dukatów!
Sto dukatów! Dla siebie samego!
Ha! Trza pomyśleć!
A że to była już jakaś dziesiąta godzina, jeść mu się kaducznie zachciało. Jeść i jeść. Młody, zdrowy, to i nic dziwnego, że głodny.
Wstąpił do gospody. Każe sobie dać kiełbasy, kiszki, piwa, bułek.

Je, je, aż mu się uszy trzęsą. Najadł się tak, że mu chyba na trzy dni wystarczy.
– Co się należy?
– Dwa złote.
– Dwa złote? Nie więcej?
– Dwa złote, paniczu, i przydałoby się z dziesięć groszy napiwku.

Wydajże tu sto dukatów, bądź mądry! Ano trudno! Trza jakości ten pieniądz wydać. Pomyślimy!

Sypie ci Lutek na wycieczkę za miasto. Pojechał końmi do Wilanowa. Bryczkę wynajął na poczcie, koni czwórka, pocztylion gra na trąbce. Uciecha.

Przyjechał. Dał dukata odźwiernemu przy parku. Chodzi po ogrodzie. Napatrzył się, południe już minęło. Pora powracać! I znów jest w Warszawie. Co zrobić? Gdzie wydać pieniądze, boć wydał niespełna pięć dukatów?

Spojrzał. Afisz na rogu: Teatr Narodowy. Nie ma co! Chodźmy do teatru.

W teatrze zabawił się setnie. Nie był w nim nigdy. Bo i skądże? Rzecz droga: miejsce dwa złote.

Wyśmiał się, ucieszył, wychodzi.

Późna już pora. Czasu do wydania pieniędzy niewiele, a Bóg świadkiem – nie wie Lutek, co z nimi zrobić? Idzie, rozmyśla. A gdy tak idzie, na rogu zaułka starzec stoi zgarbiony.

– Panie – powiada – drugi dzień mija, gdy nic w ustach nie miałem. Starym żołnierz, paniczu, pod Sommosierrą byłem, pod Smoleńskiem, pod Moskwą, przy księciu Józefie pod Lipskiem – poratuj mnie!

Pojrzy Lutek na starca: inwalida bez ręki, a na piersiach błyszczą mu wstążeczki orderowe: Legia honorowa i Virtuti militari.

Sięgnął do kieszeni, wyciągnął garść złota, dał starcowi.

– Bóg–że ci zapłać, paniczu! Bóg ci zapłać! Będziesz szczęśliwy i bogaty!
Błysnęło! zagrzmiało!
Mignęła przed oczami Lutka księżniczka zaklęta.
– Nie dotrzymałeś obietnicy, nie dla siebie wydałeś pieniądze!
I znikła.
Rozejrzy się szewczyk: dziad stoi, jak stał poprzednio – i rzecze:
– Nie dukat, paniczu, daje szczęście, ino praca i zdrowie. Ten pieniądz wart coś, co zarobiony, a darmocha na złe idzie.

Powrócił Lutek do domu rad i wesół. Ocknął się rankiem bez grosza w kieszeni. Wydał na siebie z dziesięć dukatów, a resztę oddał starcowi, ale też od tego czasu wiodło mu się, jak nigdy. Wyzwolił się wrychle na czeladnika, niebawem majstrem został, ożenił się z panienką piękną i zacną, dzieci wychował – i żył długie lata w zdrowiu, w dostatku i w szczęściu.

A o złotej kaczce słuch zaginął. I dzięki Bogu! Bo zła to musiała być boginka, kiedy za warunek stawiała: sobie, nie komu!
Nie tak! Nie tak myśleć i czuć po polsku trzeba! My rządzimy się inaczej: naprzód biednemu, potem sobie!
A wtedy każdej pracy Pan Bóg dopomoże.

Część I

Był sobie chłopiec o imieniu Lutek (zdrobnienie od imienia Lutosław), który uczył się zawodu szewca. Pracował na Starym Mieście w Warszawie u mistrza słynącego ze skąpstwa. Zarabiał dość dobrze i chował pieniądze, oszczędzając na chłopcu, karmiąc go ziemniakami i zupą przypominającą raczej wodę. Podobnie skąpił na jego ubranie i posłanie.
Gdy Lutek upominał się o lepsze traktowanie, słyszał, że kiedyś będzie lepiej.

Mijały jednak lata i nic się nie zmieniało.

Chłopiec zastanawiał się czy nie uciec do wojska? Marzył, że zostanie żołnierzem i będzie służył u Napoleona, gdzie zrobi szybko karierę.

Któreś dnia odwiedził kolegę z pracy, który zdał egzamin na czeladnika i mógł pracować w swoim warsztacie. Zaprosił go na kolację, gdzie byli także inni goście. Usłyszał wówczas warszawską legendę. Opowiedział ją jeden starszy szewc nazwany kuternogą, bo był kulawy.

Legenda mówiła, iż na ulicy Ordynackiej w podziemiach zamku są ukryte wielkie skarby. Pilnuje jej księżniczka zaklęta w kaczkę. Kto ją złapie – przydybie, przyłapie – ten zostanie bogaczem.

Lutek zapamiętał tę opowieść. Do nocy świętojańskiej, kiedy miała pokazać się kaczka, zostało tylko trzy dni.

Część II

Był piękny czerwcowy dzień, kiedy Lutek wyruszył na ulicę Ordynacką i zszedł do podziemia. Szedł w w ciemnościach z piętnaście minut, docierając do małego podziemnego jeziorka. Pływała po nim złota kaczka.

Chłopiec zawoła do niej tak, jak to się robi, używając wykrzyknika: “Taś, taś…”

Kaczka zamieniła się w piękną pannę. Zapytała chłopca, czego od niej chce? Powiedział, że spełni jej życzenie.

Księżniczka dała Lutkowi 100 dukatów – złotych monet z nakazem, aby wydał je do końca kolejnego dnia wyłącznie na własne potrzeby. Nie wolno mu było nikomu ich dać. Chłopiec ucieszył się, bo zaplanował, że wyda je na jedzenie i zabawę. Przystał na warunek uzyskania wielkich skarbów za wypełnienie woli księżniczki.

Na pożegnanie panna jakby złowrogo się uśmiechnęła i Lutek poszedł na Stare Miasto.

Część III

Kolejnego dnia Lutek wyruszył do miasta wydać pieniądze. Kupił sobie piękne ubranie i zastanawiał się, na co wydać resztę pieniędzy.

Wstąpił do gospody i najadł się za dwa złote i 10 groszy napiwku. Nadal zostało mu mnóstwo pieniędzy.

Wyruszył w podróż wynajętą bryczką do Wilanowa.

Było południe, kiedy wrócił do Warszawy, wydając zaledwie pić dukatów. Poszedł do teatru, ale cena biletu była za niska.

Na rogu spotkał weterana wojennego, który żebrał o datek. Wyjął z kieszeni garść dukatów i dał mu. Wówczas stałą się rzecz dziwna. Zagrzmiało i pokazała się księżniczka. Powiedziała Lutkowi, że nie dotrzymał umowy, nie mógł rozdawać pieniędzy i zniknęła.

Chłopiec zobaczył wtedy żebraka, któremu wcześniej dał pieniądze. Mówił on do szewczyka, iż w życiu najważniejsza jest praca a darmowe pieniądze nikogo nie uszczęśliwiają.

Gdy rano się obudził, nie miał żadnych pieniędzy. Los jednak uśmiechał się do niego. Szybko zdał egzamin na czeladnika, został majstrem, ożenił się z piękną dziewczyną i wychował dzieci.

Nikt później nie widział kaczki, gdzieś zniknęła.

Nie była dobra, ponieważ źle uczyła ludzi. Nie pozwalała rozdawać pieniędzy innym potrzebującym.

To nie była postawa godna naśladowania. Musimy opiekować się biednymi, a wówczas Bóg i nam pomoże w codziennej pracy.

 

PLAN: dodając do powyższych zdań na początku punkty, uzyskasz plan legendy.

Interpretacja

Bajka, legenda o złotej kaczce, posiada przesłanie. Jest nim wychowanie w poczuciu wartości pracy. Podmiot wierzy, że dzięki niej można osiągnąć sukces.

Drugim przesłaniem legendy jest obowiązek pomagania biednym, którym w życiu się nie powiodło.

Trzecim wnioskiem i nauką jest nakaz cierpliwości. Lutek ciężko pracował i żył w nędzy. Bardzo się niecierpliwił, bo chciał “JUŻ, NATYCHMIAST!” dobrze zarabiać i cieszyć się życiem, zabawami, na jakie nie było go stać. Spotkanie z kaczką i piękną księżniczką nauczyło go skromności wymagań, jakie stawiamy życiu.

Zwykle w bajkach księżniczki symbolizowały dobro. Tutaj autor zmienił ten zwyczaj – motyw literacki. Bohaterka musiała odejść w zapomnienie, gdyż wpajała ludziom zło, zakazując dzielenia się bogactwem z innymi.

Złe księżniczki w bajkach nazywamy… czarownicami?